Czesław śpiewa, a ja ziewam

Dodano 3 stycznia 2009, w Bez kategorii, Muzyka, przez autor
Ostatnio wprawiłam kilkoro znajomych w osłupienie. Takich bliskich znajomych, z którymi zwykle zgadzamy się w opiniach na różne, szczególnie muzyczne tematy. Trudno, niech się dziwią. Nie lubię Czesława i już. Ale cudze zaskoczenie skłoniło mnie do zastanowienia się, dlaczego alergicznie reaguję na piosenkę o pewnej pani, która znalazła aparat do bani. Bo tę piosenkę słyszę w radiu najczęściej. Dziś, podczas nocnej audycji Trójki miałam okazję posłuchać kolejnych kawałków z Debiutu i drażnią mnie one z takim samym natężeniem.

Bo ja lubię jaja, ale nie do kolan. I brak jaj też mi przeszkadza. A tu mamy oba przypadki w jednym.

No za cholerę nie jestem w stanie zaakceptować piskającego faceta. Może być tenor, czemu nie, Placido Domingo na przykład. Mogę się pozachwycać, nawet chętnie. Albo Al Jarreau. Czy Bobby McFerrin. Ale z której strony by ich nie słuchać, ci faceci nie piszczą. I jaja mają w sam raz. A Czesław piszczy, jęczy i dręczy me ucho okrutnie.

Jednak nie to jest najgorsze. Najgorsze są te rymy częstochowskie w śpiewanych przez niego tekstach, te absurdy nasadzone bez ładu i składu, te słowa nie niosące żadnej treści. Nic. Zero. Czysta zgrywa. Jaja do kostek wręcz. Eksperyment poetycki bez sensu. Pusta forma. Wydmuszka. Pseudointelektualny bełkot.

Nawet absurd w sztuce powinien mieć racjonalne granice. Bełkot też można zamknąć w formę, która nada mu sens. Jak idiotyczne, puste dialogi w Łysej śpiewaczce. Głupia gadanina ujęta w formę jednoaktówki to dla mnie parodia form obowiązujących na spotkaniach, które są stratą czasu, gdy rozmówców nie łączy nic poza towarzyskimi konwenansami, więc wypełniają czas konwencjonalnymi rozmowami o niczym. Bełkotem właśnie. Albo bełkot u Mirona. Ostateczna granica zrozumiałości języka. Eksperyment – jak daleko można się posunąć entropię języka, żeby jeszcze istniał sens? Jakie są granice rozkładu języka w porozumiewaniu się ludzi znajomych i nieznajomych?

W tekstach śpiewanych przez Czesława nie znajduję niczego, poza watą, która powstała dla wypełnienia słowami całkiem fajnej muzyki. A słowa jako wypełniacz są nic niewarte. I na takie słowa, takie piosenki i taką muzkę, która potrzebuje watowania, szkoda mi czasu.

Wolę posłuchać Lao Che.

Albo poczytać Suworowa.

Wymęczone słowa

Dodano 10 października 2008, w Bez kategorii, Książki, przez autor

„Słowa mu się zmęczyły”. To jedyne zdanie z Senności Kuczoka, które naprawdę mnie rusza. I jeszcze jedna, dość zabawna scena. Sympatię budzi jeden pomysł: obserwowania ludzkich zachowań z poziomu wysokiej piwniczki, czyli od kolan w dół. I to by było na tyle.
Reszta jest romansem na trzy pary, by nie rzec wręcz – romansidłem, w którym ludzie zostali zastąpieni ludzkimi typami, z motywacją na poziomie dżdżownicy. Jednoznacznie pozytywni nadwrażliwcy, jednoznacznie toksyczni egotyczni usidlacze nadwrażliwców, a do tego parka facetów „odkrywających swoją tożsamość”, jak eufemistycznie napisał jeden z krytyków. W rzeczywistości poza dążeniem do uwiedzenia z jednej strony i potrzebą doskonalenia umiejętności tanecznych z drugiej trudno cokolwiek ciekawego znaleźć w postaciach dwóch kochanków.

Doprawdy, w sztuce budowania postaci wiele mógłby się Wojciech Kuczok nauczyć od Nory Roberts. Można marudzić na poziom literacki tej ostatniej, ale jednak solidnego rzemiosła trudno jej odmówić.

Filmu oglądać nie będę. Zniechęcil mnie do tego sam autor, który w wywiadzie wyznał, że kolejność odbioru powinna być następująca: najpierw książka, później film, ponieważ portrety psychologiczne postaci zostały w tej pierwszej znacznie pogłebione. Czym zatem mogą być bohaterowie filmu, skoro postaci książkowe to papierowe figurki?

Szkoda tylko, że właśnie Senność stała się parę tygodni temu dla Justyny Sobolewskiej dowodem na to, że polska proza zeszła na psy. Ale o tym pisałam obszerniej wkrótce po przeczytaniu jej „diagnozy” naszego powieściopisarstwa.

 

Nareszcie trochę słońca

Dodano 9 października 2008, w Bez kategorii, Książki, przez autor

Dopiero jasne światło pomogło mi sprecyzować, czym jest męczącą ociężałość, która towarzyszy mi od paru tygodni.

To wrażenie, że czas przecieka między palcami. Ucieka nieodwracalnie, a nic się nie dzieje. Nic poza rutyną spraw, które trzeba załatwić.

Trochę to wina wrześniowego chaosu, świetnie znanego rodzicom miotającym się między niezorganizowaną szkołą a sklepami, w których trzeba zawsze o jakiś drobiazg uzupełnić wyprawkę, dokupić kapcie, bo dziecku zaskakująco od lipca urosła stopa niekoniecznie życiowa, dorzucić zeszyt czy ołówek.

Och, szkoła ma wyjątkowe właściwości tworzenia życiowego bałaganu. Dopiero w październiku udaje się dopiąć na miarę możliwości czasowych i finansowych plan lekcji i pozalekcyjnych zajęć. A jeszcze ta zimna i ponura jesień od pierwszych dni września. Wciąż zbyt mało snu. I błądząca z tyłu głowy myśl, że teraz, kiedy już dawno po urlopie, po najciekawszych wyzwaniach tego roku, po najcenniejszych spotkaniach, nie bardzo jest na co czekać. Przyszłość niedoprecyzowana ogranicza się do najbliższych dni: planowania zakupów i porządków domowych, czekania na faktury, przelewy i informacje, które będzie można wykorzystać w codziennej pisaninie.

Książki i filmy pozwalają na chwilę pozbyć się poczucia utraconego czasu. Pomagają na moment przenieść się w inny wymiar, w którym istnienie nabiera sensu. Podobnie jak nieliczne chwile uniesienia, kiedy widok biegnącego, radosnego dzieciaka pozwala uświadomić sobie: czas nie mija bez sensu. Ciągle coś się dzieje i zmienia. To nie jest tylko przedzieranie się przez mgłę rutyny.

 

Tuituitamitu

Dodano 10 maja 2007, w Bez kategorii, Muzyka, przez autor

Zrobiłam sobie oczywiście przerwę na spanie, ale – odliczając czas snu – od wczorajszego wieczora słucham na okrągło jednej piosenki. Gdybym wiedziała, jak ją zgrać na mojego twardziela, pewnie nie siedziałabym non stop na stronie Justyny Steczkowskiej. Nie mam jednak wyjścia – moje zdolności i umiejętności komputerowe ograniczają się w tym przypadku do odpalenia sajtu reklamującego ósmą płytę „dziewczyny szamana”. Po wejściu trzeba jeszcze kliknąć w tytuł Tu i tu, a potem leci z górki – densowy kawałek (klubowy nawet, rzekłabym) pakuje się do mózgu i nawet z dala od komputera tuituje się automatycznie, a na bazarku w czasie zakupów wywołuje podejrzliwe zerknięcia innych klientów na babę pogwizdującą i nucącą „tiutuitamitu”.

Najlepszy numer, poza namolną melodyjką i genialnym konceptem na pierwsze wersy piosenki, tkwi w tym, że wywołujący przytupy kawałek został nagrany wyłącznie przy pomocy instrumentów akustycznych, wśród których pierwsze skrzypce gra akordeon. Jedyne elektroniczne brzmienia zostały dograne przy pomocy odpowiednio zmiksowanego i przetworzonego przez efekcik wokalu Steczkowskiej.

Genialne w swej prostocie.

 

Nudy nudy nudy

Dodano 25 listopada 2006, w Bez kategorii, przez autor

Miałam napisać większy tekst o nowej powieści Katarzyny Grocholi, ale z przykrością stwierdzam po lekturze, że nie ma o czym pisać.

Może tylko tyle: jeśli ktoś lubi powieści, w których rozwiązanie najważniejszych wątków jest oczywiste już w momencie ich zawiązywania, to gorąco książkę A nie mówiłam! polecam.

 

O merdre!

Dodano 15 listopada 2006, w Bez kategorii, Książki, przez autor

Urocze francuskie słowo określające to, co – jak się dowiedziałam – zalega na paryskich brukach i chodnikach równie gęsto jak w Polsce (choć u nas nie odnotowuje się aż tylu wypadków z racji poślizgów na psich odchodach) poznałam dzięki Alfredowi Jarry i jego Królowi Ubu. A raczej dzięki omówieniu jakiegoś krytyka, który zachwycał się zrobieniem przez Boya grówna z merdre. Dlatego bez problemu załapałam, o czym traktuje tytuł powieści Stephena Clarke’a merde! rok w Paryżu.

Na temat samej książki nieco później, kiedy uporam się z pilną robotą. Na razie tylko jeden ze smaczniejszych cytatów. Piękna i nienasycona Marie wyjaśnia Brytyjczykowi pracującemu od kilku miesięcy w Paryżu, jak należy tańczyć we francuskim klubie. Dziewczyna, przy której jurny Anglik czuje się czasem jak eunuch, mówi do niego po angielsku:

- To proste. Wyobrahżasz sobie, że uprahwiasz seks z muzykom.

 

Powracająca Majgull

Dodano 12 listopada 2006, w Bez kategorii, Książki, przez autor

Nie potrafię odtworzyć toku myśli, które przyprowadziły mnie do tej książki. Czytałam ją przeciez kilka miesięcy temu. Pewnie złożyło się na wspomnienie martwej samotnej dziewczyny leżacej na leśnej polanie wiele innych mknących przez głowę wspomnień. Moja córka uwielbiająca owoce. Zajadająca maliny i jagody. Latem. Nad morzem. Urlop. Właśnie wtedy czytałam Dom Augusty. Ale i inne myśli, związane z niedawną śmiercią. Nagłą i nieoczekiwaną. Jej nieuchronność. Zamknięty rozdział. Niczego nie można już cofnąć.
Zbyt małego zainteresowania, gdy żył.
Przegapienia tylu piosenek, które wyśpiewał.
Zbyt późno wrzuconej do serwisu informacji o koncercie.
I koncertów przegapionych lub zlekceważonych z lenistwa, na które można było się wybrać i posłuchać go na żywo. Powiedzieć, że było świetnie. Albo że przecież potrafi lepiej. Tak jak to zrobił Adam, kiedy Maniek zafałszował na jego ślubie. Pewnie mało kto to zauważył. Ja na pewno nie. Ale pan młody dobrą godzinę wyjaśniał Maniusiowi, że jego ślub był tylko jeden i nie będzie już okazji, żeby zaśpiewać mu weselnie lepiej i czyściej.

Tak kończy się Dom Augusty. Niczego nie da się już cofnąć. Wszystkie szanse przepadły. Powieść Majgull Axelsson to historia o marnowaniu szans. Lenistwo, egocentryzm i egoizm, zapatrzenie we własną samotność i ból zamykają bohaterkom oczy na cudzą samotność, ból i potrzebę bliskości. Osoby duchowo bardzo sobie bliskie mijają się, zwykle na wlasne życzenie. Być może wystarczyłoby tak niewiele, odrobina dobrej woli i zainteresowania, by finał był inny. Być może.

Ta książka ciągle boli. Wszystkie powieści Axelsson, które przeczytalam dotąd, bolały. One po to są. Żeby przypominać się znienacka okrutnym, drążącym naszą wrażliwość obrazem. Emocją, która pojawiła się w trakcie lektury. Pytaniami: czy ja też taka jestem? Bywam? Mogłabym być? Jak zachowałabym się w podobnej sytuacji? Nie ma taryfy ulgowej. Jeśli ma być miło, łatwo i przyjemnie, nie wolno czytać książek Majgull.

 

Historia znad ręcznej robótki

Dodano 16 sierpnia 2006, w Bez kategorii, Książki, przez autor

Zafascynował mnie Sekretny wątek Kylie Fitzpatrick. Książka, na którą nie czekałam i niczego od niej nie oczekiwałam. Sięgnęłam po nią nawet z odrobiną niechęci, podejrzewając, że pojawiła się na fali popularności Kodu Leonarda Browna. Po kilku stronach dystans i nieufność zniknęły. Nawet jeśli coś na rzeczy z nieszczęsnym Kodem…, to tylko tyle, że autorka prowadzi fabułę na dwóch planach – współczesnym i historycznym. Odrobina feminizmu nie ma nic wspólnego z tworzeniem nowego systemu teologicznego czy burzeniem istniejącego, a poszukiwania historyczne bohaterki są bardziej wiarygodne i realistyczne niż u pana Dana.

Sekretny wątek nie jest powieścią sensacyjną. Akcja nie pędzi od zawiązania przez kolejne perypetie do spektakularnego finału (chyba, bo minęłam właśnie 3/4 książki), po drodze nie ma zbrodni, celem nie jest zdobycie skarbu, lecz stopniowe rozwiązywanie zagadki. A właściwie zagadek. I szukanie odpowiedzi na pytania związane nie tylko z tajemnicami historii sprzed kilkuset lat, ale też próby rozwiązania problemów osobistych i bardzo intymnych. Najlepsze jest jednak to, że niespiesznie tocząca się na dwoch planach fabuła zaintrygowała mnie na tyle, że w pewnym momencie odkryłam ze zdumieniem – przerzucam niecierpliwie strony, by poznać ciąg dalszy!

Ale to nie najlepszy sposób czytania Sekretnego wątku. Czytając teraz tę książkę „po bożemu” widzę, że umknęło mi kilka istotnych spraw. I sama nie potrafię ocenić do końca, który z tematów jest dla mnie ciekawszy.

Pierwszy – to historia Wielkiej Brytanii. A właściwie jej mikroskopijny wycinek – lata 1064-1066. 1066 to jedna niewielu z dat, które mocno utkwiły w mojej pamięci. Wilhelm Zdobywca wygrywa pod Hastings. Równie mocno siedzą w mojej głowie jedynie 966, 1025, 1410 i 1815:) Ale to nie Wilhelm jest tutaj tak fascynujący, lecz fragment historii z kobiecego punktu widzenia. Dosłownie – znad ręcznej robótki. I poprzez robótkę, konkretnie – angielski haft. A do tego pokazanie wpływu kobiet na wielką – ówczesną – politykę. Wpływu niebagatelnego…

Drugi temat to poszukiwania genealogiczne głównej bohaterki. Kontynuacja pracy rozpoczętej przez matkę. Szperanie w archiwach, bładzenie wśród akt, pomysły na odkrywanie przeszłości rodziny, powiązań, dróg, jakimi podążali przodkowie i zmieniającej się w czasie wersji nazwiska. Angielskie porządkowanie genealogii jest jednak szczególne. Chyba tylko w Skandynawii można z podobną łatwością dokopać się tak głęboko. 500, a nawet 900 lat wstecz. Poszczególne etapy i możliwości (związane np. z katalogowaniem posiadłości ziemskich, rejestrami ludności itp) są w powieści Fitzpatrick dokładnie opisane. A najważniejsze – wszelkie akta mają swoje miejsce, jeśli nie od stuleci, to od dziesięcioleci na pewno. Ale są też problemy, w postaci chociaby mało uczynnych archiwistek:)

Trzeci temat – porządkowanie własnego życia, radzenie sobie z żałobą, próba pogodzenia się z samą sobą, zaakceptowania tego, co wartościowe i odrzucenia oczekiwań, które nie mają szans realizacji.

Wracam do lektury.

 

Czytate sny

Dodano 16 sierpnia 2006, w Bez kategorii, przez autor

Obudziłam się i parsknęłam śmiechem. Przypomniałam sobie sen sprzed chwili. Czytałam we śnie jakąś powieść, autora ni tytułu nie pomnę. W pewnym momencie książka tak mnie wciągnęła, że znalazłam się w niej. W samym środku. I niemal co moment szlag mnie trafiał, czemu głośno dawałam wyraz:
- Dlaczego autor co kilka stron używa chwytu deus ex machina???! Przecież to błąd w sztuce! Brak szacunku dla czytelnika!
Najlepsze, że samych stron nie widziałam, siedziałam przecież wewnątrz książki, a raczej jej fabuły, choć raczej w roli obserwatora, niespecjalnie wmieszanego w akcję.

Domyślam się, skąd ten sen. Od paru dni zbieram się w sobie, żeby napisać o dwóch książkach, które zabrałam ze sobą na urlop. Pierwsza – całkiem niezła do pociągu, choć część wprowadzająca mogłaby być ciut krótsza – to Testament Douglasa Prestona. Czysto rozrywkowa literatura – powieść przygodowa dla dorosłych, lekko wydumana (Cejrowski umarłby ze śmiechu podczas czytania fragmentu o walce z anakondą w rzece) i mało prawdopodobna, ale sympatyczna i całkiem zgrabnie napisana. Tylko ten nieszczęsny chwyt deus ex machina, który kilkakrotnie prowadzi do zwrotu akcji. Ale generalnie strawne to czytadło, coś dla wielbicieli wypraw Tomka Wilmowskiego, którzy osiągnęli już wiek co najmniej dojrzały.

Drugą książką, którą zabrałam ze sobą nad morze, był Dom Augusty Majgull Axelsson. Ale ta powieść zasługuje na osobną i solidną notkę.

 

Szurmo Montale!

Dodano 10 sierpnia 2006, w Bez kategorii, przez autor

Skończyłam Szurmo, pokręciłam się chwilę w pościeli, ale nie udalo mi się zasnąć. Przed oczyma wciąż mam Marsylię – piękną i ponurą, pełną kontrastów, zapachów i kolorów. A także okrucieństwa, ksenofobii, ale i tolerancji. Tę ostatnią, właśnie taką, jaką sama chciałabym w sobie znaleźć, po prostu ma i żyje nią Fabio Montale. Już nie policjant, jak w pierwszej części marsylskiej trylogii Jean-Claude’a Izzo Total Cheops, lecz człowiek żyjący na uboczu społeczeństwa, ni to emeryt, ni bezrobotny, po prostu wolny czterdziestoparolatek, który nie jest już w stanie ciągnąć roboty gliniarza z północnej dzielnicy. Nie chodzi tylko o wypalenie. To raczej brak wiary w sensowność pracy, brak zaufania do instytucji policji, a wreszcie odwrócenie się od świata, którego nie można naprawić. Łapanie chwil i cieszenie się nimi. Radość połowów o poranku, dobrego jedzenia i alkoholu.

Total Cheops był dla mnie wielką przygodą. Ta powieść, napisana 10 lat przed szaleństwem podpaleń i rozruchów we Francji, pomogła mi zrozumieć, skąd wzięła się nienawiść i chęć destrukcji, która wyprowadziła młodych kolorowych na ulice i kazała im niszczyć cudzy dobytek. Nie, nie ma mowy o żadnym usprawiedliwieniu, to tylko próba zrozumienia. Izzo pokazał swoją opowieścią o Marsylii, kim są imigranci i skąd bierze się ich poczucie beznadziei. Jak karkołomne są próby wydobycia się z biedy, własnego lenistwa i braku odpowiedzialności, jak funkcjonują mechanizmy wpychające potomków przybyszów z Algierii i innych krajów arabskich w narkotyki, gangsterkę i dziedziczność biedy.

W Szurmo Izzo idzie jeszcze dalej w portretowaniu kontrastów miasta – kulturowego tygla. Powraca do motywu włoskiej mafii, która sprawnie globalizuje się i obejmuje swoim zasięgiem Francję, zahacza o bezmyślne brukselskie dyrektywy, które nijak się mają do marsylskiej rzeczywistości. A całość czyta się zdecydowanie lepiej, bo i forma nie bładzi poetycko po młodości bohatera, intryga jest bardziej zwarta i mocniej ujęta w karby kryminalnej konwencji, Montale mniej rozlazły i zagubiony, a śledztwo na tyle zgrabnie przeprowadzone, że czytelnik-detektyw może w trakcie rozwiązywania zagadki znaleźć niemało satysfakcji, o ile uważnie śledzi fabułę. Gorzka to jednak satysfakcja, bo i powieść jest co najmniej równie gorzka jak Total Cheops. Jak rzeczywistość Marsylii – Zachodniej Europy w pigułce.

 

  • RSS